piątek, 4 kwietnia 2014

Refleksje Parkingowe


Gdy siedziałem w zaparkowanym aucie pod szpitalem, czekając aż moja żona skończy pracę, uświadomiłem sobie, że za tymi murami istnieje zupełnie inny świat, a drzwi, które rozsuwają się na fotokomórkę, są wrotami do równolegle funkcjonującego wymiaru.

Podczas, gdy ja znudzony stukałem palcami w kierownicę, ludzie po drugiej stronie marzyli by znaleźć się na moim miejscu. Kilku z nich widziałem. Dostali przepustkę na papieroska do świata zdrowych (określenie niezdiagnozowanych, bądź nie kwalifikujących się do hospitalizacji byłoby trafniejsze). Wychodzili w kapciach i szlafrokach, ciągnąc za sobą wieszaki z kroplówkami. Przysiadali ciężko na obdrapanych ławkach i oddawali się nałogowi, którego nie chciano wraz z nimi przyjąć na oddział. Musieli niestety zostawić go za tymi rozsuwanymi drzwiami i raz na jakiś czas przydreptywali tutaj, by sprawdzić, jak się ma.


Zrobiło mi się głupio i wstyd, że ciągle na coś narzekam, że ogarnia mnie taki marazm, podczas gdy pasażerowie tego wielkiego statku fizycznych ułomności marzą o zawinięciu do portu o nazwie "normalność", w którym ja się właśnie duszę. Załóżmy taki człowiek, któremu może na jednej z sal właśnie amputowali nogę, pewnie oddałby całe królestwo za możliwość poprowadzenia auta, w którym ja teraz umieram z nudów. Albo dziesiątki sparaliżowanych po wylewach i udarach pragną posiąść niewyobrażalną moc postukania sobie palcami w kierownicę. Pewnie napawaliby się ruchem całej dłoni i każdego z palców z osobna.


Kto ma więcej szczęścia? Kogo Bóg obdarowuje łaskami? Mnie, czy ich? Oni pragną, a ja wegetuje w aucie zapuszczając korzenie w fotel. Oni marzą o wolności, którą ja mam, ale ją trwonię i marnotrawię.


Ile to razy zadajemy sobie pytanie: Dlaczego są choroby? Dlaczego rodzą się dzieci niepełnosprawne? Czemuż na świecie jest tyle cierpienia? Gdy dopadnie nas choróbsko, często tłumaczymy to sobie tak: "No tak, jestem grzesznikiem, złym człowiekiem, to mnie Bóg ukarał". Czy na pewno? Gdy apostołowie widząc niewidomego od urodzenia żebraka, zapytali się Jezusa, dlaczego spotkał go taki los, On im odpowiedział: "...stało się tak, aby się na nim objawiły sprawy Boże."


23 stycznia opublikowałem post pt. "Bez rąk, bez nóg, bez ograniczeń!" o niezwykłym człowieku - Nicku Vujicicu, który urodził się bez kończyn. Nie będę wdawał się w szczegóły jego historii (zainteresowanych odsyłam do posta), ale czytając jego książkę, rodziła się we mnie zazdrość. Nie zazdrościłem mu tego, że porywa tłumy, lecz tego, że jest w lepszym położeniu ode mnie. Myślałem - ma przewagę, bo nie ma nóg i rąk. Wyróżnia się z tłumu, a ja jestem przeciętny. To brzmi jak jakaś kompletna niedorzeczność, ale to prawda! Pomyślcie tylko ile jego niepełnosprawność generuje miłości i współczucia w ludzkich sercach! Jak wiele dobra rodzi się z jego ułomności! Czyż nie tak samo jest z chorymi dziećmi? Przez wiele lat miliony Polaków wrzucili fortunę do puszek Owsiaka, pragnąc uczestniczyć w wielkiej akcji pomocy małym dzieciom. Pomyślcie ile w nas by zostało miłości, gdyby zniknęły wszystkie choroby i cierpienie?


Kto wobec tego ma lepiej? Ja czy oni uwięzieni tam za murem? Albo inaczej - w kim jest więcej życia - we mnie, czy w nich cierpiących, a czasem już konających? Odpowiedź wbrew pozorom nie jest taka oczywista.


Jest jeszcze inna sprawa. My tak sobie żyjemy z dnia na dzień, mniej lub bardziej szczęśliwi. Tworzymy swoje małe światy, wkomponowani w codzienną rutynę jak sztuczne kwiaty w bukiet. Specjalizujemy się w okłamywaniu siebie co do władzy nad własną egzystencją i Bóg na to wszystko patrzy. Obserwuje nas maluczkich, śmiesznych, zabieganych. Pochyla się nad tym formikarium naszego ziemskiego mrowiska i nie wiadomo, co mu się w głowie roi ;)


To ogromna lekcja pokory, gdy nagle jesteśmy zmuszeni zostawić całe nasze dotychczasowe życie i ubrać szpitalną piżamę, bo coś w naszym organizmie zaczęło szwankować, albo mieliśmy jakiś wypadek. Różnie na to reagujemy i nawet nie zdajemy sobie sprawy, że w takich sytuacjach cała frustracja i złość bierze się z faktu, że ktoś się odważył pokrzyżować nam plany. Jesteśmy obrażeni na życie, bo przecież nasza wizja przyszłości nie uwzględniała choroby ani cierpienia. Czujemy się tacy upokorzeni, że teraz leżymy na szpitalnym łóżku, podłączają nas do rurki, a pielęgniarki ciągle coś przynoszą do połknięcia, a my na nic nie mamy wpływu.


Mówi się, że nieświadomość jest błogosławieństwem, ale nie w tym przypadku. Myślę, że ważne jest aby nie dać się ograbić ze zrozumienia okoliczności w jakich się znajdujemy. Czas jest jak rzeka i wypłukuje materiał nośny naszych myśli. Postarajmy się aby ta refleksja zakotwiczyła w korycie naszego umysłu. Abyśmy zawsze mieli pokorę do życia i codziennie cieszyli się z wszystkiego co nas spotyka, bo szczęście jest pojęciem względnym. Mamy tendencję do ciągłego porównywania się do innych, zamiast skupić się na sobie i swoim życiu. Każdy ma inną drogę, ale ważne jest aby jej przemierzanie nas radowało i motywowało do stawiania kolejnych kroków.


Pozdrawiam gorąco i życzę Wam i sobie pokory :)